Hasło zostanie wysłane na twojego e-maila.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

rynek na rękodzieło

temat frapował mnie od dawna. a gdy na początku roku trafiłam na TEN wątek, pomyślałam: „nie ma co odkładać”.

no bo jak to jest z polskim rynkiem: ceni rękodzieło, czy nie? przytoczę kilka myśli z komentarzy do wspomnianego wyżej wpisu a także swoich, autorskich.

1. rękodzieło postrzegane jest jako „resztówki z PRL-u”?
rzeczywiście „za komuny” dorwanie się do czegoś w sklepie graniczyło z cudem. jeśli pojawiał się jakiś towar, to wcale nie było go dużo.
aby na co dzień „jakoś wyglądać i jakoś mieszkać” wiele rzeczy wykonywano własnoręcznie.pamiętam PRL. pamiętam, jak mama, babcia, ciotki siadały do robótek ręcznych: wyszywania, szydełkowania, dziergania na drutach, szycia.
pamiętam, jak tata zajmował się metaloplastyką, jak umiał zbudować karmnik dla ptaków, zrobić dla mnie sanki. plótł makramy, rzeźbił.owszem, wiele tych prac było koniecznych. ale pamiętam też, że wszyscy wspomniani przeze mnie po prostu lubili zajmować się takimi pracami. cieszyły ich efekty podejmowanych wysiłków. szukali nowych wzorów, uczyli się nowych technik. a poza wszystkim innym – mieli na nie czas!zawsze podziwiałam moich rodziców za zdolności i ten podziw pozostał do dziś :)teza o tym, że rękodzieło postrzegane jest jak przymus z PRL-u, jest wg mnie błędna.
pomijam osobiste wspomnienia. po prostu mało kto, podejmując decyzje o kupnie konkretnego przedmiotu, kieruje się historią.
serio ktokolwiek z Was tak pomyślał?
2. pozycja rękodzieła wynika z naszego nowicjatu w kapitalizmie i zachwytu masową produkcjązacznę, że dyskutujemy o sytuacji, która jest teraz, w XXI wieku. nie ma mowy o nowicjacie. jesteśmy w kapitalizmie coraz bardziej wytrawnymi graczami.zachwyt masową produkcją? a skąd starania o to, aby się wyróżniać: ubrać się w coś, czego nie ma nikt w pracy na imprezie, mieć inne niż wszyscy domy, meble?
pożądamy oryginalności! chcemy być modni, ale wyjątkowi.czy myślicie, że wielkie sieciówki tego nie zauważyły?
popatrzcie na ZARĘ i jej naśladowców: oferują nam ubrania w bardzo krótkich seriach, często zmienianych. w wysokiej cenie. na naszej potrzebie indywidualizmu zbijają swój potężny kapitał!to, co zapewniają wielcy producenci, to: przemyślany produkt, produkt zgodny z trendami we wzornictwie, dostosowanie oferty do potrzeb klientów, nowatorstwo, dobre wykończenie (choć tu akurat za często robią wielkie odstępstwa ;)), dobra komunikacja oferty.myślę, że mniejsi wytwórcy mogą ten dystans zmniejszyć, pamiętając po prostu o tym, jaką przewagę mają wielkie przedsiębiorstwa i równie mocno dbając o te aspekty. jest wiele rękodzielniczych marek, które w ten sposób osiągają sukces. że wspomnę choćby o GOSHICO . albo projekcie Fun in Design, czy LOFT37.
to co – nawet z największą miłością – powstanie, musi znaleźć miłośników innych niż twórca. a oni muszą się o tym nowym pięknym CZYMŚ dowiedzieć.łatwiej kupić w sklepie. ale tylko dlatego, że wiadomo, gdzie ten sklep jest i że poszukiwany przedmiot w nim jest. nie ma ucieczki przed inwestycją w komunikację z klientem, czyli marketing…
3. chcemy mieć wszystko natychmiast, bez czekania. a na rękodzieło trzeba czekać.coś w tym jest. rzeczywiście oczekujemy natychmiastowego dostępu do informacji. natychmiastowych i celnych wyników poszukiwań. szybkich efektów pracy. szybkich pieniędzy.
rękodzielnicy też należą do takich ludzi ;)ale wracając do sprawy – ta wiedza daje wielką siłę. dzięki niej można tak konfigurować ofertę, aby umieć szybko odpowiedzieć na oczekiwania klientów.
zainwestować swoją pracę i czas, przygotowując przemyślane i piękne dzieła, których można zrobić więcej – na zapas.
wypuścić je na rynek. zainteresować ludzi. przywiązać do siebie. wtedy na bardziej pracochłonną rzecz klient chętnie poczeka. będzie wiedział, że „na koniec dnia” (hiehie) dostanie coś wartościowego.mam wrażenie że wielu z rękodzielników zapomina, że rzadko zdarza się tak, ze coś natychmiast procentuje. na efekt pracy trzeba najczęściej czekać, znosząc kolejne kryzysy gospodarcze.no i ważne jest jeszcze jedno – to, że umiem wyszywać, robić na drutach czy szydełkować (bo umiem i lubię) nie znaczy, że komuś będzie się chciało za to zapłacić.
dlatego robię takie rzeczy tylko dla siebie i bliskich. za darmo. gdybym miała produkować coś na sprzedaż, posłuchałabym siebie samej z tego posta ;)poza tym jest nadzieja na spowolnienie. od lat 90. XX w. funkcjonują w światowej świadomości idee: slow food, slow life, slow clothes – po prostu Slow Movement.
wyznawców jest ogromnie wielu 🙂
4. z wierzchu wygląda na to, że przeciętny Polak myśli: „ręczna robota? badziewie!”nie robiłam badań. może rzeczywiście tak jest. ale jeśli tak, to dlaczego?jest wielu rękodzielników niezwykle wyrobionych, oferujących produkty przemyślane, więc dobrej jakości, dobrze wykończone i opakowane. należą do nich wszyscy opisani na tym blogu, a jest ich o niebo więcej.jest też MASA ludzi, którzy robią różne przedmioty bo potrafią. i idą na żywioł. nie zastanawiają się nad ich funkcją, tym, czego mogliby oczekiwać klienci, tym, jakie są trendy we wzornictwie.ci właśnie robią sobie taką małą chałturkę. i sami postrzegają ją jako małą chałturkę i zalewają rynek rękodzielniczy wyrobami o przypadkowej jakości i urodzie.
tanimi rzecz jasna.efekt – wizerunek rękodzielnika jako chałupnika, który coś tak sobie dzierga. coś niewiele wartego.co można na to poradzić? nic. jedynie doskonalić siebie i swoją twórczość.kiedy potencjalny nabywca znajdzie przedmiot, który mu się podoba do tego wysokiej jakości, przez którą prześwieca zamysł, poczucie piękna, funkcjonalność ale i uczciwość – no po prostu szacunek do swojej pracy i do klienta – myśli sobie: „CHCĘ TO MIEĆ!”

bardzo wielu klientów dokona zakupu. niektórzy od razu, inni przy pierwszej nadarzającej się okazji, np. gdy zgromadzą potrzebne pieniądze. ja tak robię 🙂

bardzo wielu zrezygnuje z jakości na rzecz niższej ceny.
nie ma co ściemniać. Polacy en masse nie grzeszą zamożnością. to zapewne się zmieni. kiedyś. głęboko w to wierzę 🙂

jak zatem przetrwać z ofertą wysokich parametrów? szczególnie teraz, gdy czas na przedsiębiorczość coraz bardziej wymagający?
nie ograniczać się do rodzimego płytkiego rynku. przekroczyć granicę.rozumie to wielu polskich twórców. potwierdzają to choćby wycieczki na ETSY :)tych wszystkich ludzi cechuje coś ważnego. ich działania są głęboko przemyślane!takiej postawy życzę wszystkim cudownym, pomysłowym, twórczym, utalentowanym osobom, których w Polsce jest nieprzeciętnie dużo 🙂

zdjęcie: sxc.hu

Komentarze (03)

  1. O rękdoziele trudno jest rozmawiać bez popadania w tendencyjność – zarówno Tobie, jak i mnie nie udało się od tego uciec… U mnie post, który powstał jako efekt żalu i rozczarowania, u Ciebie świat widziany w różowych barwach. Oba przesadzone.

    Oczywiście wszystko o czym mówisz ma miejsce i jest prawdą, ale „przeciętnemu Kowalskiemu” bliżej jednak do ponurego opisu u mnie na blogu (mocno rozwiniętemu przez komentatorów) niż do tego co Ty tu opisujesz.

    Wydaje mi się, że złapałaś się w pułapkę, w którą ja kiedyś wpadłam – mierzenia społeczeństwa swoją miarą: osoby wykształconej, młodej, pracującej, w dużym mieście… Niestety większość Polski to prowincja, małe miasteczka i wioski, a tam priorytety są inne. Sama pochodzę z takiego miejsca i czasem jadę tam na kilka dni zyskać właściwą perspektywę.

    Na blogach toczy się dyskusja o rękodziele, pięknie, pasji i pracy z tym związanej, a dla „pani Krysi” liczy się nie jakość, a wyłącznie cena. Nie piękno, a mały koszt. Przecież zamiast jednego drogiego, pięknego i wyjątkowego szala z wełny, która będzie grzała szyję można mieć 10 z Chin!

    Jestem naprawdę szczęśliwa, że w momencie kiedy rozważałam otwarcie firmy, zdecydowałam się jednak pójść w inną stronę i nie zostałam rękodzielniczką. Teraz handmade to moja pasja, być może kiedyś także dodatkowe źródło dochodu, ale nie muszę martwić się o chleb, w przeciwieństwie do wielu osób o takim profilu działalności, z którymi mam kontakt.

    1. Masz w wielu kwestiach rację – przysłowiowa „pani Krysia”, która lubi piękne dodatki w domu, a nie ma na nie pieniędzy, zadowoli się namiastką. Jednak… nie każda – a przykład mam żywiutki w postaci doświadczeń mojej Mamy – mieszka w b. małej miejscowości mazurskiej. Zaczęła od drobnych prac, wyceniła je z godnością, ale nie przesadnie. Wszystko schodzi jej na pniu. A to dzięki temu, że ma bezpośredni i życzliwy kontakt z odbiorcami, którzy nie są głupi i rozumieją, że konkretne materiały konkretnie kosztują. O pracy nie wspominam 😉 Więc można. I nie jest to po protu mój punkt widzenia, ale też obserwacja.

      Tak jak pisałam – Polski rynek jest płytki. Bo niewiele osób stać na kupno dobrej jakości rękodzieła z prawdziwego zdarzenia. Dlatego zachęcam do wychodzenia na zewnątrz – poza Polskę.

  2. Pingback: Norwegia

Dodaj komentarz